My z Covidowego

Od marca ubiegłego roku społeczność Samodzielnego Publicznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Kędzierzynie-Koźlu codziennie walczy z koronawirusem. To pierwszy i jedyny szpital w województwie całkowicie przekształcony i dedykowany leczeniu chorych na Covid-19.

Dzięki wspólnemu wysiłkowi pracownicy szpitala są w stanie sprawić, że kolejny pacjent będzie mógł złapać oddech, że młoda matka przytuli swoje dziecko, a dziadek zobaczy wnuki. Gdy przegrywają walkę o życie, razem z rodziną pacjenta przeżywają smutek i żal. Choć czasem jest trudno, codziennie przychodzą do pracy, bo czują, że to nie tylko zawód, ale i ich życiowe powołanie.

Jak wygląda walka o życie i zdrowie chorych? Jakie emocje temu towarzyszą? Czy boją się koronawirusa? Czy ważne dla nich były oklaski wiosną 2020 roku, czy rani ich hejt “wylewany” w mediach społecznościowych? Jak wygląda praca w szpitalu covidowym?

Dziennikarka Agnieszka Pospiszyl i fotograf Adam Liszka dokumentują życie kozielskiego szpitala widziane oczami pracowników. Przestawiają je w formie wywiadów audio i towarzyszących im zdjęciom portretowym rozmówców.

- Pomysł powstał w już w marcu 2020 roku, dużo czasu zajęło przygotowanie i zebranie potrzebnych informacji – mówią Agnieszka Pospiszyl i Adam Liszka. - Natomiast sama realizacja tego niekomercyjnego projektu rozpoczęła się po drugiej fali pandemii. Kiedy się skończy – sami tego nie wiemy. Tak długo, jak pracownicy szpitala będą chcieli dzielić się z nami i z Państwem swoimi opowieściami, tak długo będziemy je zbierać i pokazywać.

- Od samego początku pandemii mieliśmy mocną potrzebę, żeby wejść do szpitala, ale nie po żeby go pozwiedzać, lecz żeby pokazać ludziom spoza szpitala, co tutaj się dzieje – mówi Agnieszka Pospiszyl. - Szpital covidowy jest placówką zamkniętą. Nawet jeżeli trafi tam ktoś z naszej rodziny, możemy się komunikować jedynie przez telefon. Nie widzimy tego, co się dzieje, jak wygląda praca tego szpitala, walka o życie i zdrowie pacjentów. Mogą to powiedzieć tylko ludzie, którzy pracują za śluzą. Opowiadają, jak sobie radzą z presją, z odchodzeniem pacjentów, z wielką niewiadomą, jak był covid. Ale też opowiadają o tym, że w covidzie jest wiele radosnych momentów, że są pacjenci którzy wychodzą o własnych siłach, choć na początku ich szanse były bardzo małe. Chcieliśmy dać głos pracownikom tego szpitala, nie tylko medykom, ale wszystkim: od dyrekcji, administracji, przez lekarzy, pielęgniarzy, ratowników medycznych, salowe, techników, laborantów… Ten szpital to jest system naczyń połączanych i cała ta maszyneria, ludzka maszyneria, musiała w zeszłym roku zacząć działać inaczej. Razem sprawili, że medycy są w stanie walczyć o kolejnego pacjenta, który jest tutaj przywożony.

- Stworzyliśmy specjalną stronę internetową o adresie myzcovidowego.pl, gdzie umieszczamy wszystkie materiały związane z projektem – mówi Adam Liszka. - Celowo wybraliśmy prostą formę przekazu, czyli zapis dźwiękowy rozmowy i do tego prosty w formie portret, żeby nie przytłaczyć przesłania emocji osób, z którymi rozmawiamy. Ten wywiad można odsłuchać można go też przeczytać – jeśli ktoś woli taką formę, to wystarczy tylko kliknąć.

Zostały stworzone profile w mediach społecznościowych, o tej samej nazwie – myzcovidowego – zarówno na LinkedIn, Facebooku i Instagramie. Zapraszamy serdecznie do zapoznania się z nimi.

Poza prezentacją przygotowanych wywiadów na stronie internetowej i w mediach społecznościowych, w przygotowaniu jest wystawa wielkoformatowa „My z covidowego”. Ma być ona prezentowana w Kędzierzynie-Koźlu i Opolu. Jej powstanie Opolska Izba Lekarska wsparła finansowo, a cały projekt jest objęty patronatem Izby.

Fragmenty wypowiedzi uczestników projektu „My z covidowego”

Dr Stanisław Skubis. Lekarz z 40-letnim doświadczeniem. Od 5 lat pracuje na oddziale wewnętrznym. Od roku 2020 kierownik oddziału covidowego – wielospecjalistycznego dla pacjentów zarażonych SARS-CoV-2

Służba zdrowia stała się niewydolna. Oddziały ogólnie dostępne specjalistyczne w dużej mierze przestały funkcjonować. Brakowało miejsc i wszyscy pacjenci, nawet podejrzani, byli kierowani do nas. Nie da się tego opisać. Maksymalnie mieliśmy 117 pacjentów pod opieką, łącznie z pacjentami podłączonymi do respiratora.

Pacjenci krążyli między szpitalami. Mieliśmy pacjentów ze świętokrzyskiego, dolnośląskiego, śląskiego, małopolskiego…

Młodzi ludzie, w pełni sprawni, aktywni zawodowo i nagle z dnia na dzień wali im się życie. Ciężki przebieg choroby. Wychodzą ze szpitala, natomiast pozostają osobami niepełnosprawnymi. Pacjenci również zdrowi, w różnym wieku, aktywni, i nagle gwałtownie zachorują i choroba źle się kończy. Zupełnie niespodziewana sprawa. Nikt nie spodziewa się, że nie wrócą ze szpitala. Dla rodziny to jest szok. Tu nawet nie chodzi o samego pacjenta, ale o rodzinę.

Renata Popiel. Salowa na oddziale zakaźnym

Myśmy akurat byli w pracy, mieliśmy dyżur. Personel lekarski powiadomił nas, że nasz oddział zostaje przekształcony na oddział covidowy. To było takie “wow”. Jak to będzie wszystko wyglądać, jak będziemy się z tym czuć, jak podołamy. Czy damy radę z tymi kombinezonami… przerażenie. W głowie był szok. Jak to wszystko będzie wyglądać?

Mimo, że tyle wytrwałam i się nie zaraziłam, strach jest do dzisiaj. Trzeba pilnować, trzeba dezynfekować, zmieniać rękawiczki. Dezynfekcja przede wszystkim klamek, czyli tego materiału, który dotykają pacjenci. No i oczywiście pilnowanie, jeszcze raz pilnowanie. 

Pierwsze co robimy po wejściu na oddział, to zbieramy materiał skażony, czyli na przykład resztki po posiłkach. Bo u nas pacjenci wyrzucają wszystko do kosza. Wszystko jest jako materiał skażony, nie ma segregacji, że to jest posiłek, butelka plastikowa czy coś po kroplówce. Wszystko to jest materiał skażony w workach czerwonych. Przychodzimy, zmieniamy te worki, jest dezynfekcja kosza i ponowne wkładanie worka czerwonego. Dezynfekcja wszystkich szafek, klamek, poręczy łóżek, barierek czy stojaków. Potem jest mycie podłóg. Na każdą jedną salę, na którą wchodzimy, jest zmiana rękawiczek. 

Jest ciężko. Jest pot, czasami jak wychodzimy, to jakbyśmy były po prysznicu. Ale dajemy radę. Musimy. Trzeba rano się dobrze nastawić i z uśmiechem na ustach przyjść i powiedzieć: to jest nasza praca.

Dr Radosław Masłoń. Lekarz anestezjolog intensywnej terapii. Kierownik bloku operacyjnego

Chciałbym, żeby tego już nie było i chciałbym, żeby nie było tego, co się już zdarzyło. Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć. Mówisz człowiekowi, żeby odebrał telefon - bo dzwoni do niego rodzina - żeby odebrał telefon i powiedział, że będzie intubowany. Że będzie musiał oddychać za niego respirator, a na pytanie “ile to potrwa?” musisz odpowiedzieć, że nie wiesz. Tyle, ile będzie trzeba. A za godzinę ten człowiek nie żyje. Dzwonił do córki powiedzieć, że będzie intubowany. Ja mówię o tych, z którymi ja takie sytuacje przeżyłem.

Ilu? Pewnie każdego dnia ktoś taki był.

Dr Jadwiga Oronowicz. Anestezjolog z ponad 30-letnim doświadczeniem, zastępczyni kierownika oddziału intensywnej opieki medycznej

Do nas pacjenci trafiają w stanie krytycznym, gdzie są zniszczone płuca. Zmiany w płucach obejmują ponad siedemdziesiąt procent, dziewięćdziesiąt, i potem się okazuje, że ten respirator owszem, przedłuża życie, natomiast go nie ratuje. Bo my nie mamy szans, jeśli są tak zniszczone płuca. Więc walczymy miesiąc, czasami dwa, czasami trzy. A pacjenci umierają w bardzo dużym procencie.

Jedyną nadzieją i właściwie takim motorem do działania jest pacjentka, która umierała nam kilka albo kilkanaście razy. Nie… Nie dawaliśmy jej żadnej szansy. Ta pacjentka jest przytomna, zdrowa. Znaczy zdrowa - w cudzysłowie. Zaczęła znowu malować. I wróciła kompletnie do życia, opiekuje się swoją dziewięćdziesięcioletnią matką. Mam z nią osobiście kontakt, ta pani do mnie dzwoni, pozdrawia, pyta się co i jak. Mieliśmy ją sto osiemdziesiąt dni. I to była taka walka.

Ale mam też w drugą stronę. Mam młodych ludzi, których nie udało się uratować, pomimo wysyłania ich na terapię ECMO.

Marzena Kochon. Pielęgniarka odcinkowa na oddziale urologicznym

Byłam w domu. Dowiedziałam się w zasadzie od koleżanek, jak przyszłam na nocny dyżur - że po weekendzie będziemy pracować z pacjentami covidowymi. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, jak to będzie wyglądać potem w praktyce. Nie byłyśmy przygotowane do pracy w takich warunkach, nie wiedziałyśmy tak naprawdę, z czym się będziemy mierzyć.

Strach. Strach, obawa, lęk. Lęk związany z tym, że każdy z nas będzie wracał potem do domu, każdy z nas ma rodziny, więc… Był lęk. Był lęk i była obawa.

Ja mam dwójkę małych dzieci. Na początku się bardzo od nich izolowałam. Tłumaczyłam, że nie będę tak jak co dzień mogła usypiać ich… Usypiałam ich - to teraz taka abstrakcja, ale jak jeszcze sami nie wiedzieliśmy z czym się będziemy mierzyć - usypiałam ich z odległości dwóch metrów, jak już pracowałam z tymi pacjentami. Mój czteroletni syn bardzo to przeżywał - że nie mogę się koło niego położyć, przytulić. Nie chciałam ich narażać, nie wiedziałam, czy ta praca będzie dla mnie na tyle bezpieczna, że ja będę mogła im to bezpieczeństwo w normalnych relacjach zapewnić.

Stankiewicz Iwona. Diagnostka laboratoryjna pracująca w szpitalu w Kędzierzynie-Koźlu od 2017 roku

Pamiętam, że najpierw zamknięto mi przedszkole syna, a potem tutaj, że szpital będzie zamknięty, będzie przekształcany. Tutaj było wielkie poruszenie wśród wszystkich pracowników. U nas w laboratorium obserwowałyśmy całe to przekształcenie szpitala, te ściany, to wszystko, co budowali. U nas jeszcze doszło w laboratorium to, że po prostu powstawała nowa pracownia. Na miejscu gdzie była taka graciarnia trochę w przeciągu miesiąca stało całkiem nowe laboratorium genetyczne i tam miałyśmy pracować.

To była chwila moment po prostu, musiałyśmy się wszystkiego nauczyć. Oczywiście też nie wszyscy, tylko wybrani pracownicy na początku, potem już coraz więcej osób. Także tutaj był ten stres. Największa taka obawa też, że jak to będzie, bo czegoś takiego nigdy nie robiłyśmy, mimo że doświadczenie jakieś takie teoretyczne było, to praktycznego kompletnie nie.

Pracuję piętnaście lat w zawodzie, więc jakiekolwiek badanie musiałabym wykonać, to sobie poradzę. Natomiast tutaj trzeba mieć specjalne przeszkolenie, doświadczenie też się liczy. Mieliśmy dużą pomoc, z Opola przyjeżdżała pani doktor i nas uczyła. Na początku było ciężko, ale powoli… teraz już właściwie rok z tym pracujemy.

Dr Jacek Mazur. Lekarz od ponad 40 lat związany z tym szpitalem. Ginekolog. Od listopada 2019 roku zastępca dyrektora szpitala do spraw medycznych

To był dla nas okres czynności wcześniej nieprzewidywalnych, rzeczy dla nas nieznanych, które wymagały z jednej strony dostosowania się, z drugiej podejmowania decyzji, o których nikt z nas wcześniej nawet nie śnił, że będzie musiał podejmować. Decyzji, które czasem stały w sprzeczności z tym, czego się człowiek wcześniej uczył, bo zupełnie inną jest medycyna czasu wojny - a to praktycznie była dla nas wtedy wojna - a czym innym zupełnie medycyna czasu pokoju.

My tę wojnę prowadzimy krok wstecz, dwa kroki do przodu. Znowu krok wstecz, krok do przodu. Dwa kroki wstecz. Myślę, że siłujemy się z tą chorobą i jestem przekonany, że my ją wygramy. I równocześnie jestem przekonany, że będziemy z nią żyli. To nie będzie szybka wojna zwycięska, tylko to będzie wojna wygrana, ale z zaakceptowaniem stanu okupacji.